Wywiad
Z Jerzym Maslanky rozmawia Marta Sztokfisz
MS. Wiem, że kontynuuje pan naukę w Amerykańskiej Akademii Medycyny Środowiskowej. Wiedza jaką przekazuje pan w swojej książce „Od lekarza do grabarza – Nie bójmy się raka i chorób serca” wydaje się być solidnie zweryfikowana. Wielu czytelników może zaskoczyć... .
JM. Podobnie mogą zaskoczyć diagnozy choroby nowotworowej lub Parkinsona, zawał lub wylew. Tytuł książki nie jest przypadkowy, choć chciałbym podkreślić, że to nie lekarze są winni sytuacji w jakiej wszyscy się znajdujemy. Pomimo, że niektórym sam tytuł może się nie podobać, to do głowy przyszedł sam i natychmiast: tuż po nieoczekiwanej śmierci ojca, choć lekarz zapewniał, że wszystko jest pod kontrolą i będzie lepiej. Okazało się, że były to tylko frazesy i puste słowa. Kiedy dzięki dr. S. Burzyńskiemu z Teksasu poznałem lekarzy i naukowców medycyny środowiska z USA, Japonii oraz Kanady, wiedziałem, że coś z tą medycyną konwencjonalną nie jest tak. Lata analizy i weryfikacji, własne doświadczenia, jedynie mnie w tym upewniły. Stąd też i moje wieloletnie zaangażowanie w proces, mający na celu wprowadzenie medycyny ekologicznej do Polski. Będzie to nieco bardziej już ułatwione, albowiem w 2009 r. Parlament Europejski uznał ją wreszcie za oficjalną, nadając jej jednocześnie status „równorzędnej do konwencjonalnej dyscypliny medycznej ”. Tak więc teraz wypadałoby tylko udostępnić ją polskim lekarzom i pielęgniarkom, kobietom i mężczyznom, młodzieży i dzieciom, biznesmenom i nauczycielom, co byłoby krokiem kolejnym lecz nie ostatnim. Budowa Polskiego Centrum Prewencji Chorób, w którym oprócz edukacji miałyby również miejsce działania kliniczne, nie powinno być już tylko moim marzeniem. Ono powinno być dziś marzeniem wszystkich Polaków !
MS. Czy kolejna książka, bo wiem, że taka powstaje i ma się ukazać już wkrótce, wnosi nowe wątki i odkrycia?
JM. Odpowiem może w ten sposób. Jest prawdą, że „Od lekarza do grabarza” wywołuje ogromne zainteresowanie. Widocznie ludzie mają już dość sponsorowanych półprawd, które nic na rzecz poprawy ich zdrowia nie wnoszą. W medycynie jest ich szczególnie wiele, co solidnie udokumentował min. American Journal of Medical Association. 90 % to bardzo dużo zważywszy, że nie mówimy tu o samochodach. Subiektywizm medyczny można odnaleźć nieomal wszędzie: w magazynach medycznych (zwłaszcza w tzw. prestiżowych), „kącikach zdrowia”, gdziekolwiek jest mowa o zdrowiu i chorobach człowieka. Jest to tragedia, za którą chorzy płacą nierzadko cenę najwyższą. A ludzie chcą przecież niewiele – żyć w zdrowiu. Co więcej, zrobią wszystko, przeznaczą każde pieniądze, aby w zdrowiu pozostać. Fakt ten, niestety, znany jest autorom półprawd, którzy przekonując lekarzy i ich pacjentów o przydatności ich kolejnych „przełomów”, myślą tylko o jednym: jak można na tym wszystkim zarobić? Byłoby OK gdyby szło ku lepszemu. Jaka natomiast jest rzeczywistość, wiemy sami najlepiej : biologicznie jesteśmy słabsi (chroniczne infekcje u dzieci i alergicy są tego dowodem), chorujemy i umieramy częściej i młodziej.
Pyta pani, czy nowa książka wnosi coś nowego? Powiem tak. Medycyna jest sztuką a nie poszuflatkowaną wiedzą, zapakowaną w akademickie formuły ograniczone liczbami badań klinicznych, które się kończą zazwyczaj chemiczną substancją i „dwa razy dziennie”. Chemiczne substancje nie produkują zdrowia. Zdrowie mogą wyprodukować jedynie substancje kompatybilne z organizmem człowieka. Takie, bez których organizm nie funkcjonuje tak, jak powinien. Stąd też w książce „Zdrowe kobiety rodzą zdrowe dzieci” , bo taki będzie jej tytuł, podaję przyczyny chorób kobiecych, które trzeba zweryfikować nie według tzw. standardów, a w oparciu o własną biologiczną indywidualność. Cysty na jajnikach u pani Wiśniewskiej mogą mieć bowiem, i najczęściej mają, inne podłoże, aniżeli ma to miejsce u pani Kowalskiej. A jak jest inne podłoże to i inna powinna obowiązywać procedura leczenia. To tak jak z sukienką. Ta od krawca, szyta na miarę, jest zawsze ciału bliższa od tej kupionej ze sklepowego wieszaka. Dotyczy to nie tylko farmaceutyków ale również suplementów z witaminami, minerałami i wszystkich innych dodatków, jakie proponują nam „eksperci” od zdrowia.
MS. Poświęcił się pan dziedzinie w Polsce nieznanej – medycynie ekologicznej. Czym się ona różni od tradycyjnej?
JM. To bardzo dobre pytanie, bowiem w tym co je poróżnia, tkwi sedno problemu. Otóż medycyna aloptyczna (konwencjonalna), swoją uwagę koncentruje na symptomach chorób, które leczy kiedy się są już widoczne. To dobra metoda z tym, że wyłącznie dla przypadków doraźnych. Np. w ataku astmy, zagrażającej życiu infekcji lub sytuacjach wymagających szybkiej interwencji chiruga. Natomiast jeśli jest mowa o chorobach przewlekłych, rozwijających się skądinąd latami, to jest już inna sprawa. Weźmy np. chorobę nowotworową. W tym przypadku uwaga onkologów jest skoncentrowana na guzie, który pojawia się zazwyczaj po ośmiu lub dziesięciu latach trwania choroby, nie będąc zazwyczaj jej epicentrum. Guz z medycznego punktu widzenia, jest jedynie jej wizualnym symptomem. Gdyby był on chorobą, to przecież wraz z jego eliminacją, choroba powinna ustąpić. Tak jednak nie jest. Dlaczego? Bo pominięte zostały kompleksowść samej choroby oraz przyczyny, które do niej doprowadziły. To właśnie przyczynami chorób przewlekłych zajmuje się medycyna ekologiczna, które określa oraz usuwa zgodnie z filozofią, że nie ma chorób bez przyczyn!
MS. Sceptycy będą wątpić w jej skuteczność. Ale pan podaje fakty, nie hipotezy.
JM. Sceptykami są wyłącznie ci, którzy choroby chcą nadal leczyć symptomatycznie. Z pacjentami jest już inaczej....
MS. W jaki sposób poza publikacjami książkowymi dociera pan do tych, którzy chcą zapobiegać chorobom?
JM. Spotkania autorskie, konferencje, seminaria, rozmowy. Uważam jednak że jest to za mało. Marzy mi się stały program w środkach masowego przekazu, w którym lekarze i naukowcy, specjaliści od profilaktycznego leczenia z USA, Kanady lub Anglii i z którymi jestem w stałym kontakcie, mogliby mówić na temat autentycznej, a nie urojonej prewencji, dotrzeć z nią do wszystkich Polaków. Taka bowiem, prawdziwa i bez hipokryzji, może uchronić przed chorobami przewlekłymi aż 80% z nich. To dużo. Warunek jednak jest jeden: muszą zdać sobie sprawę, że wczesne wykrywanie chorób nie ma nic wspólnego z prewencją.
MS. Czy to znaczy, że bez leków mogę wyleczyć np. astmę?
JM. Czasami chorobie należy przyłożyć by przeżyć i farmacja jest tu niezbędna. Jednak problem nie polega na tym, aby pacjent zażywał toksyczne substancje chemiczne latami. Kiedy trzeba przyłożyć to trzeba z tym, że należy jednocześnie zastanowić się nad przyczynami, które do choroby doprowadziły. Przyczyny można przecież usunąć. Wówczas to i „nieuleczalną” astmę czy np. podobnie określaną miażdżycę, można wyleczyć.
MS. Wspomniał pan o budowie Polskiego Centrum Prewencji Chorób. Znalazł pan sprzymierzeńców np. w świecie biznesu?
JM. Sprzymierzeńców jest wielu. Myślę że teraz, kiedy medycyna ekologiczna jest już oficjalną dyscypliną medyczną, zwrócę się o pomoc właśnie do ludzi biznesu. Nie ukrywam, że Centrum byłoby dla nich tym , co poszukują. Bo kiedy jest już finansowa stabilizacja, to chciałoby się też być zdrowym i pożyć. Myślę, że leczenie profilaktyczne jest dla nich przyszłością i powinno objąć wszystkich Polaków.
MS. Gdzie można zakupić książkę „ Od lekarza do grabarza”?
JM. Myślę, że w dobie internetu nie powinno być z tym problemu. Można ją również zakupić na mojej stronie www.maslanky.org . Polecam ją wszystkim nie jako autor, który chce coś swojego upchnąć, ale jako człowiek, który niepotrzebnie i przedwcześnie stracił osobę sobie najbliższą. Powiadam panI, ignorancja to rzecz wielce paskudna.
Dziekuję za rozmowę.
Zmieniony (wtorek, 27 października 2009 16:43)
